Hejka, jeśli was interesuje z jaką łatwością stracić połowę włosów na głowie to zapraszam xd
Włosy zaczęłam farbować przed 1 gimnazjum. Wtedy była to granatowa czerń, której w życiu nikomu nie polece. Była z Syossa. Nie dość, że później super sie z niej schodzi ( :-) ) to jeszcze zmywa sie ten granat w zieloną poświate. Później oczywiście musiałam włosy rozjaśniać. Pierwszym razem użyłam jakiegoś z joanny. Tak mi nie równo pokrył ze ja nie mogę. Musiałam wyrównywac delią, lecz ta z kolei wzięła za mocno i mega szybko. Koniec w końcu przez listopad chodziłam pomarańczowa (nie ruda tylko pomarańczowa). Po 3 miesiącach, czyli po jako tako czasie regeneracji, kupiłam intensywną czerwień z syossa. Niestety kolor o którym marzyłam zmył sie po jednym umyciu, jakbym pofarbowala sie szamponetką. Jednak pomarańczy już na szczęście nie było, tylko rudo-brązowy. Nawet mi się podobał, do czasu ;b. Na początku tych wakacji wymarzyl mi sie niebieski. Szukałam w cały mieście pianki venity (bo ona taka dobra ponoć), lecz nie było jej nigdzie. Ale za to była półtrwała farba mariona. Star color lazur, Coś takiego. Nigdy nie kupujcie tego badziewia xd. Nie dość, że wyszedł czarny z ZIELONĄ poswiata, to za nic nie chciał sie spłukac po kilkunastu myciach, jak obiecywał producent. I dlatego przyszła kolej na rozjasnianie z tego gloniastego koloru. Kupiłam joanne 6 tonów, wyszło mi... w sumie nie wiem co to, sami oceńcie
Po tym pięknym kolorze niestety musiałam znowu farbowac. Chciałam wróci do rudego, więc użyłam joanny, płomienna iskra. Wyszedł coś koło czerwieni. Ale jak to z czerwienią bywa, skłukała sie do rudego mahoniu. Aktualnie włosy są nawet w nietragicznym stanie xd
W sumie morału z tego nie ma. Przynajmniej miałam dobrą zabawe i nowe pseudo (ruda 😏)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz